Opowieści o ludziach: Śmierć ich szukała

Ten wypadek wstrząsnął całymi Polkowicami. Żadne tam trzęsienie ziemi. Po prostu w ludziach się zagotowało. Zrobiło im się żal Janusza i Grzegorza. Żal aż głowa boli. Byli przecież młodzi, pełni marzeń i… zagubieni. Jak wszyscy młodzi w tym mieście, jak wszyscy. A ich znał tu prawie każdy. Bo w Polkowicach trudno się zgubić. Chyba, że ma się cholernego pecha, a za człowiekiem chodzi śmierć. Zła i okrutna. I tak głupia bardzo.

    Janusz był bardzo lubiany wśród kolegów. Miał dziwny dar zjednywania sobie ludzi. Po Polkowicach chodziły tez pogłoski o prześladującym go pechu. Jakoś nie mógł odnaleźć się w rzeczywistości. Ostatnio, gdzieś w listopadzie albo grudniu, ojciec wyganiał go z domu. Janusz nie mógł tego przeboleć. Nie potrafił pogodzić się z myślą odrzucenia go przez rodzinę. Taki był wrażliwy.
-Wtedy – mówi Jurek, przyjaciel Janusza – Janusz popił sobie zdrowo i okaleczył się nożem. W brzuch sobie wbił ostrze. A gdy trafił do szpitala, nie pozwolił lekarzom i pielęgniarkom na zbliżanie się do siebie. Trafił więc do szpitala psychiatrycznego. Wrócił stamtąd jako inny człowiek. Całkiem inny. Alkoholu nie brał do ust. Dlatego jestem tak bardzo zaskoczony…
Grzegorz natomiast wciąż narzekał na brak perspektyw dla siebie. Jakoś udało mu się jednak wyjechać do Grecji. Tam i on uciekł śmierci. Opowiadał o ty barwnie kolegom. Jak leżał w ciemnym pomieszczeniu, pobity i sponiewierany. Niby policja, ale on był przekonany, że to gang zwykłych opryszków go dopadł. Dlatego potem był bardzo ostrożny. Myślał tylko o jednym: trochę złapać grosza i wrócić, by założyć interes. Wreszcie wrócił.
Janusz i Grzegorz planowali otworzyć wspólny interes. Układali sobie wszystkie ruchy. Omawiali każdy szczegół. Przygotowywali się bardzo intensywnie. Ludzie nawet im zazdrościli tego spokoju. Przyjaciele cieszyli się, że nareszcie się odnaleźli. Na ich twarzach pojawił się uśmiech, a w życiu dziwne szaleństwo.
-Jakby wyłączyli się ze świata – kontynuuje Jurek. – Liczyły się tylko ich plany. I niestety popijali…
Tego dnia wybrali się do lubińskiej Lutni. Janusz powiedział: – Jak szaleć, to szaleć! Pojechali tam maluchem. Był z nimi Paweł. Bawili się świetnie. Humory im dopisywały.
Rano obiegła miasto wieść o tragedii. Janusz i Grzegorz nie żyli. Samochód rozbił się na słupie. Paweł wyszedł z wypadku cało. Z rozdartą duszą…
Na pogrzebie Janusza Paweł nie reagował na świat. Stał nad trumna blady jak ściana. Otępiały wzrokiem patrzył na te dechy. Nie płakał. Stał tylko i wiercił oczami wieko trumny. Był przecież obok śmierci. Tej, która zabrała kolegów.
Było to bardzo smutne sobotnie popołudnie. Ludzie pytali się, dlaczego los jest taki okrutny dla młodych? Dlaczego śmierć tak brutalnie wybiera swoje ofiary? I rozglądali się po twarzach znajomych. Jakby szukali w nich odpowiedzi. Taki pech.
Ktoś wspomniał, że Grzegorz ma być dawcą. Może jeszcze teraz uratuje czyjeś życie. Starsza pani płacze.
-On był zawsze taki uczynny – dodaje przez łzy. Jej głos grzęźnie wyraźnie. Odchodzi na bok.
-Niech pan napisze – mówi Jurek – Żeby inne chłopaki uważali, żeby nie dali się tak marnie złapać śmierci. Niech pan napisze, że kostucha jest przy nas. Nie wolno jej drażnić.
I milknie. A słowa te jakby płynęły same, jakby drażniły ciszę, jakby burzyły powagę chwili. Patrzy przy tym mi w oczy. Ufnie i zdecydowanie. Jest już spokojny. Cholernie spokojny. A nad polkowickim cmentarzem pojawiły się wrony. Przyjaciółki śmierci. Ona ich szukała.
Tadeusz Stojek
PS.
Imiona bohaterów tej opowieści zmieniłem.

O autorze:


    Tadeusz Stojek. artysta, dziennikarz, pedagog, animator kultury i współtwórca Fabryki Kultury, który pracował w Lubinie z młodzieżą i organizował imprezy kulturalne. Zmarł w wieku 52 lat. Dzięki Tadeuszowi Stojkowi w mieście rozpoczęło działalność Stowarzyszenie Na Rzecz Inicjatyw Kulturotwórczych i Wychowania przez Sztukę „Zejdź z ulicy”. Znalazł młodych ludzi zafascynowanych teatrem i uczył ich sztuki aktorskiej. Na tej bazie powstał Teatr Świerszcz oraz Kabaret Szemrany. Sztuka wyszła na ulicę i od czasu do czasu w Lubinie można było spotkać mimów i obejrzeć happening, zorganizowany przez grupę podopiecznych Tadeusza Stojka. Regularnie pokazywane były programy Kabaretu Szemranego.   Siłą napędową obu inicjatyw był Tadeusz Stojek, którego już nie ma.

(…)Wiele osób wiązało uzasadnione nadzieje, że Tadeusz Stojek, jako Ojciec Duchowy lubińskiej kultury niezależnej poprowadzi w inny wymiar miejscowych artystów, twórców, organizatorów kultury i ich sojuszników…Niestety, wielki żal ogarnął tych, co pragnęli czynnie uczestniczyć w tej wędrówce…

Tadeusz udowodnił, że nawet w skrajnie trudnych warunkach zewnętrznych można realizować wielkie projekty i porywać za sobą nie tylko młodzież. Jego projekt społeczno-kulturalny Fabryki zawierający m.in. koncepcję odrodzenia Teatru Świerszcz przyczyniał się do budowania kapitału społecznego w Lubinie oraz stwarzał możliwości realnego integrowania lokalnego środowiska kultury.(…) Andrzej Ossowski (2011r.)


Top